Fundacja
O nas
Regulamin
Statut
Sprawozdania
Prawa zwierząt
Okruchy Cierpienia
 Sercem pisane
Linki
Adopcja
Adopcja
 Adopcja Wirtualna
Porady
Dobre Wieści
Pożegnania
Zwierzęta
Galeria
Zaginęły - OGŁOSZENIA
Identyfikacja
Zwierzęta
Suki duże
Psy duże
Suki średnie
Psy średnie
Suki małe
Psy małe
Opuściły schronisko
Aktualności
Aktualności
Komentarze
Nasze Interwencje
Newsletter
Stop Okrucieństwu
Rzeczywistość w polskich schroniskach
Pseudohodowle
(Nie)ludzkie bestialstwa
Z sali sądowej - wydarzenia w kraju
Z sali sądowej - sprawiedliwość po polsku
Pomóż nam
 Podziękowania
Jak nam możesz pomóc
Przekaż nam  
 Podarunek z psim sercem
 Adoptuj Wirtualnie
Opowiedz o nas innym
 Wyślij naszą kartkę do Przyjaciół
Akcje, wydarzenia
Wolontariat
Oddział Jarocin
Oddział Krosno O.
Koło Brańsk
Koło Katowice
Koło Łowicz
Koło Siedlce
Koło Słupsk
Koło Warszawa


POŻEGNANIA

Krysiu,
Tobie dedykuję tłumaczenie tego opowiadania, żebyś nigdy nie wątpiła w sens tego co robisz.
Dorota

TĘCZOWY MOST I URATOWANE ZWIERZĘTA

Tego dnia, inaczej niż zazwyczaj przy Tęczowym Moście, ranek budził się chłodny i pochmurny, wilgotny jak moczar i ponury jak smutek. Nikt z niedawno przybyłych nie wiedział, co o tym sądzić, bo nigdy przedtem nie widzieli tutaj takiego dnia. Ale zwierzęta, które czekały tu na swojego człowieka wystarczająco długo, dobrze wiedziały, co się dzieje i zaczęły zbierać się na ścieżce prowadzącej do Tęczowego Mostu, żeby dobrze widzieć. Za chwilę oczom ich ukazał się pies-staruszek ze spuszczoną nisko głową i zwisającym bezwładnie ogonem. 
Zwierzęta, które przebywały tutaj już jakiś czas, od razu wiedziały, jaki los spotkał biedaczka, gdyż nazbyt często dane im było widywać podobnych nieszczęśników. Staruszek podszedł wolno, a w jego oczach malował się ból, chociaż na jego ciele nie widać było żadnych ran ani choroby. Inaczej niż pozostałym zwierzętom czekającym przy Tęczowym Moście, jemu nie została przywrócona młodość ani zdrowie. Kiedy tak szedł w stronę Mostu, patrzył na przyglądające mu się inne zwierzęta. Wiedział, że nie pasuje do nich i że im prędzej przejdzie na drugą stronę, tym szybciej będzie szczęśliwy. Ale niestety, kiedy dotarł do Mostu, drogę zastąpił mu Anioł, który przepraszając oznajmił mu, że nie będzie mógł przejść. 
Przez Tęczowy Most mogą przejść tylko te zwierzęta, które przyjdą tam ze swoim własnym człowiekiem. Nie mając się gdzie podziać, staruszek zawrócił i powlókł się w kierunku pól nieopodal Mostu. Ujrzał tam grupkę zwierząt takich jak on sam – starych i zniedołężniałych. Nie bawiły się ze sobą, lecz leżały tylko w milczeniu na trawie, ze smutkiem wpatrując się w ścieżkę wiodącą do Mostu. Dołączył więc do nich, patrząc na ścieżkę i czekając. 
Jedno z niedawno przybyłych tu zwierząt, nie rozumiejąc, co się stało, poprosiło inne, które przebywało tutaj już jakiś czas, o wyjaśnienie zagadkowej sytuacji. „Widzisz, ten biedaczek to uratowany zwierzak. Zabrali go do przytuliska w takim stanie, jak go widzisz teraz i tam umarł posiwiały, z zamglonym wzrokiem. Nigdy nie opuścił przytuliska i odszedł z tamtego świata kochany tylko przez swojego wybawcę. Ponieważ nie miał żadnej rodziny, którą mógł obdarzyć miłością, nie ma nikogo, kto przeprowadziłby go przez Most.” 
Niedawny przybysz pomyślał chwilę, a potem zapytał: „To co z nim teraz będzie?”. I kiedy już miał usłyszeć odpowiedź, chmury nagle rozproszyły się, a mrok ustąpił. Do Tęczowego Mostu zbliżał się samotny człowiek, a wśród starszych zwierząt zapanowało poruszenie. Nagle całą ich grupkę otoczył złoty blask i znów były młode i zdrowe, jak za swoich najlepszych lat. „Patrz teraz”, powiedziało drugie zwierzę. Niektóre z przyglądających się dotąd zwierząt  podeszły do ścieżki, kłaniając się nisko zbliżającemu się człowiekowi. A człowiek zatrzymywał się przy każdym pochylonym przed nim zwierzęciu, głaszcząc go po głowie i drapiąc za uszami. Zwierzęta, które dopiero co odzyskały młody wygląd, ustawiły się rzędem i podążały za nim w stronę Mostu. A potem wszyscy razem przeszli przez Tęczowy Most. „Co się stało?”, zapytał nowoprzybyły. “To był wybawca. Zwierzęta, które z szacunkiem chyliły przed nim głowy, to te, które dzięki niemu znalazły nowe domy. One przejdą przed Most, gdy dołączą do nich ich rodziny. Te, które widziałeś, jak odzyskują młodość, to zwierzęta, które nigdy nie znalazły domów. Kiedy przybywa wybawca, wolno mu ostatni raz dokonać aktu wybawienia i przeprowadzić przez Tęczowy Most zwierzęta, dla których nie udało mu się znaleźć domu na ziemi”.
„Podobają mi się ci wybawcy”, powiedziało pierwsze zwierzę.
„Bogu też się podobają”, usłyszał w odpowiedzi. 
NIEKTÓRZY MAJĄ SWOJE ŻYCIE, INNI MAJĄ SWOJE ZWIERZĘTA. 
(autor nieznany)
(tłumaczenie z jęz. angielskiego: Dorota Wiland)






Zyta

listopad 2011

Zaczyna się kolejny zwyczajny dzień; jak każdy jesienny – zamglony i zadumany.
Taki sam, a jednak inny, bowiem świat stał się bardziej pusty o jedno psie istnienie, o jedno psie serce, które dzisiejszej nocy przestało bić.
Odeszła nasza Zyta.
Zasnęła spokojnie. Rano na jej martwym pysku nie widać było oznak cierpienia czy bólu. Oczy i pysk miała zamknięte, ciało zimne spokojem śmierci. Zgasła tak cicho, jak żyła. Odeszła we śnie. O czym śniła umierając? O latach, gdy była kochana? Czy może o latach cierpienia i męki u starej chorej psychicznie kobiety, która ją więziła? Nie dowiemy się nigdy – bo tę tajemnicę zabrała Zyta ze sobą. Łagodna, łaskawa, podchodziła zawsze, jakby przepraszała, że żyje. Pragnąca ciepła i dotyku; ciesząca się z każdego zbliżenia się do niej. Zyta – piękne ciało okryte jedwabista długą sierścią, która z wiekiem nie straciła blasku. Już nigdy nie podejdzie do bramki boksu i milcząc nie podsunie wielkiego łba do pogłaskania.
Zyto o aksamitnych oczach i takim samym sercu
– śpij spokojnie gdziekolwiek jesteś - w moim sercu masz swoje miejsce na zawsze.
emir





NATASZA
Październik 2011

Dostaliśmy dziś smutną wiadomość o tym, że odeszła Natasza.

Natasza była wyjątkowej urody suką rasy moskiewski-stróżujący . Sunię tę przywieźliśmy do fundacji 21.05.2004 r. Była zagłodzona i chora. Po wyleczeniu została wysterylizowana i 16.03.2005 pojechała do nowego domu, gdzie żyła otoczona miłością aż do dnia śmierci.

Wiernie strzegła swoich opiekunów przez 6 lat. Była ich wielką radością i dumą, aż nieuleczalna choroba zakończyła jej życie.

Żegnaj – wspaniała Nataszo – symbolu psiej wierności i oddania.





Opowieść prawdziwa z najprawdziwszym zakończeniem
Wrzesień 2011

Jedenaście lat temu do naszego schroniska przyjechało małżeństwo Państwo .Lidka i Tomasz – nosili się z zamiarem adoptowania psa w niedalekiej przyszłości i przyjechali „się rozejrzeć i pooglądać pieski”.

Zaprosiłam ich na kawę do altany obrośniętej różami ( tak, tak wtedy jeszcze miałam i altankę i róże). Rozmawialiśmy „o wszystkim i o niczym” ot kurtuazyjna rozmowa w stylu morsztynowskim. Usiłowałam dowiedzieć się, jakie są ich oczekiwania wobec psa: jego wyglądu, płci i zachowania. Opowiedzieli mi ,że mają mieszkanie w Warszawie i dlatego chcieliby , spokojnego niedużego pieska, żeby dobrze czuł się w mieszkaniu a oni, żeby mogli go ew. nieść na rękach, gdyby zaszła taka potrzeba. Rozmowa się toczyła w ciepłych jeszcze , jesiennych promieniach słońca. Nagle, do pani Lidki podeszła suka – sznaucer- olbrzym piękna i czarna jak węgiel ok. dwuletnia . LUNA, położyła jej łapy na kolanach i łeb wsunęła pod pachę. Nie wydała z siebie przy tym żadnego dźwięku. Rozmowa urwała się i zamarliśmy w sekundowej ciszy.

Po chwili milczenia pani Lidka przytuliła łeb suki i powiedziała do mężą: „ ona wybrała, więc mamy już psa”! i ...rozpłakała się. Luna zastygła w bezruchu - nie zmieniała pozycji jakby wiedziała, że teraz właśnie w tym momencie zapada decyzja o jej dalszym życiu. Pan Tomasz potwierdził decyzję żony.

Cóż – przygotowałam dokumenty, pożyczyłam obrożę i smycz – Luna odjechała do swojego nowego domu, w nieznana przyszłość. Mijały lata. Miałam sporadyczne wiadomości telefoniczne o szalonej miłości Pańci Lidki i Luny, którą oni nazywali „Królewną” i „Laleczką”. Raz nawet , będąc przejazdem wstąpili do schroniska, aby pokazać piękną, wypielęgnowaną, ostrzyżoną Lunę – swoja dumę i milość odwzajemnioną

Czas płynął – Państwo kupili mały domek z dala od miasta także ze względu na Lunę.

W ubiegłą niedzielę zadzwonił pan Tomasz i wiadomoscią, że „Lunka – nasza królewna” nie żyje.

A oto ciąg dalszy losów Luny. Pięć lat temu zachorowała na chorobę nowotworową; nowotwór był nieopercyjny. Leczona była zachowawczo mimo wielkich kosztów tej terapii. Niestety bez skutku. Dwa tygodnie temu przestała wstawać , nie kontrolowała fizjologii, słabła i ogłuchła.Lekarz usiłował jeszcze ją ratować, ale po przeprowadzonych badaniach diagnoza była wyrokiem - okazalo się, że są przerzuty do płuc i żołądka. Dwa ostatnie dni Luna cierpiała. Lidka i Tomasz podjęli trudną, ale jedyną w tej sytuacji decyzję – pomóc ukochanej suni przejść za TM. W piątek poprosili lekarza, aby przyjechał do domu. Byli z nią do końca.Luna zasnęła na ich kolanach., Zasnęła - pewnie szczęśliwa, że są przy niej ukochani opiekunowie i że ból odchodzi, a może nie czuła już nic?

Dowiedziałam się także, że znów chcą wziąć jakiegoś psa tylko „musza wszystkie łzy wypłakać”.

Lidko i Tomku – najukochańsli Opiekunowie Lunki – nie znam odpowiednich słów , aby podziękować Wam za te 11 lat dobrego, szcześliwego , pełnego mąderj miłości życia Luny. Dziękuję też i za to, że starczyło Wam odwagi aby nie pozwlićć jej dalej cierpieć, gdy nadziei już nie było.

Luneczko- Szczęściaro, laleczko ukochana przez swoich opiekunów – śpij spokojnie królewno.

emir





Cezar

wrzesień 2011

W pierwszy dzień jesieni odszedł od nas Cezar.
Od jakiegoś pól roku poruszał się z coraz większym trudem i chodził bardzo mało. Był coraz bardziej nieobecny - głównie leżał w kuchni i popatrywał co się dzieje. Wczoraj zjadł jeszcze posiłek, a przed wieczorem cichutko odszedł.
Stary, zmęczony życiem, pies.
Smutno, gdy mi któreś odchodzi, ale taka kolej życia, choć za każdym razem trudno się z tym pogodzić!
Śpij spokojnie .




Dziadunio

lipiec 2011

Dziś do bram Tęczowego Mostu odprowadziłam Dziadunia Polo [*] I choć był bardzo stary i zawsze śmialiśmy się, że miał ze 150 lat, to serce pęka, że był z nami tak krótko. Za krótko.
Swoje drugie życie zawdzięczał Matce Emirowej, która wyrwała go z piekła schroniska w Krzyczkach. Jakimś cudem odratowała to stare, schorowane, zabiedzone psie nieszczęście,j go odratować, bo już wtedy jedną łapką był nad grobem.  Kiedy już się podniósł z choroby, n Pani Mirka, otworzyła swoje serce i przygarnęła staruszka na zasłużoną emeryturę.
Polo spędził u Pani Mirki 3 i pół roku…  Były to lata bez wątpienia bardzo szczęśliwe, nigdy wcześniej chyba nie zaznał tyle atencji, miłości i troski.  Pani Mirka wskrzesiła w oczach starego psa wesołe iskierki i sprawiła, że ubyło mu lat i bardzo chciało mu się żyć. 
Mieli swoją rutynę, którą Dziadunio kochał.   Rano zawsze szli na długi spacer: Pani Mirka, mała Sonia i On. Szli po gazety, zahaczali o sklep mięsny, w którym zawsze znalazły się pyszności dla psiaków Pani Mirki. Obchodzili okoliczne ulice i pobliski lasek, Dziadunio oczywiście czuł się w obowiązku opiekować się stadem i był bardzo dumny ze swojej roli. W ciągu dnia pilnował domu, a jego grożnie brzmiące szczekanie odstraszało nieproszonych gości. Wieczory spędzali w domu, czy to przed telewizorem, czy w kuchni zawsze pełnej smakowitych zapachów.
Oprócz Pani Mirki, Dziadunio kochał piłki i kamienie. Nie było takiej, której by nie przegryzł lub nie zgubił w przepastnym ogrodzie. Dostał ich setki, wszystkie unicestwiał lub zakopywał.. Gdy nie miał piłek, zadowalał się kamieniami. Kamieni w ogrodzie Pani Mirki miał pod dostatkiem,  rozebrał nawet kamienny płotek – nikt się na niego nie gniewał.
Kochał też jeść , a Pani  Mirka rozpieszczała go jak mogła. Kiedy do Niej trafił był prawie bezzębny, więc drobiła mu pokarm lub moczyła w rosole. Zawsze pierwszy wsadzał mordkę w siatki, wiedział, że zawsze znajdzie tam coś zarezerwowanego specjalnie dla niego.
W ciągu tych kilku lat u Pani Mirki zdrowie mu dopisywało. Miał mały wylew, który  trwale unieruchomił prawą część pysia. To nie miało znaczenia poza tym, że uśmiechał się „krzywo”. Wiedzieliśmy jednak, że miał związaną z wiekiem - spondylozę, czyli zwyrodnienie kręgosłupa . To ona go zabiła… Kiedy już Dziadunio, mimo leków wspomagających, przestał się poruszać, kiedy daremnie usiłował wstawać , kiedy wypróżniał się pod siebie i przestał jeść oraz pić, a w jego oczach zamiast zwykłej radości widać było cierpienie i ból  , po konsultacji z lekarzem ,podjęliśmy trudną decyzję – jak zwykle najtrudniejszą.
Dziś, 1 lipca 2011 o godz.21.00 serce Dziadunia przestało bić.
Wszystko wiemy: był stary, cierpiał, nie było szans na wyzdrowienie, ale...łzy same kapią na klawiaturę.
  Pożegnaliśmy bardzo starego psa, psa z historią. Psa, któremu się udało. A jednak jego odejście boli tym bardziej, że tak krótko dane mu było cieszyć się dobrem i spokojem, tak krótko był szczęśliwy. Zbyt krótką by zapomnieć całe zło wyrządzone mu przez ludzi (nie ludzi tylko ludzkie kreatury).
Dziaduniu Wesoły Satruszku , jaki cię zapamiętamy - biegaj odmłodzony i szczęśliwy za Tęczowym Mostem, gdzie żadne cierpienie, żadne zło cię nie dosięgnie..
I czekaj tam na nas…

Małgorzata Prokopowicz




Kobalt

czerwiec 2011

Witam Panią.
Przykro mi donieść, że 17 czerwca 2011 roku o godzinie 10.30 przestało bić jedno z najmocniej kochających psich serc.
26 kwietnia 2007 roku poznaliśmy się u Państwa z Kobaltem – prześlicznym Rottweilerem-Mix’em.
Nie było łatwo przekonać do siebie psa po przejściach, z dużym urazem psychicznym wywołanym przez złych ludzi, jakich najprawdopodobniej spotkał w swoim wczesnym życiu, ale staraliśmy się i udało się.
Stało przed nim trudne zadanie wypełnienia luki po poprzednim naszym pupilu, ale nie dość, że szybko dokonał tego, to jeszcze szybciej stworzył nam świat ze sobą w roli głównej. Przez minione lata bezproblemowo uczestniczył w naszym rodzinnym życiu, będąc zarówno przyjacielem jak i obrońcą naszego terytorium.
Nie chorował i nie komplikował sobie życia nieudanym koleżeństwem. Był wspaniałym kompanem.
Choroba pojawiła się nagle. Paraliż tylnych kończyn, pomimo szybkiej interwencji weterynaryjnej, postępował i pomimo intensywnego leczenia, po dziesięciu dniach odebrał Mu nawet możliwość przyswajania wody. Po konsultacji lekarza, który opiekował się Jego zdrowiem od pierwszego dnia z nami, podjęliśmy najtrudniejszą decyzje w Jego i naszym życiu – eutanazja.
Pożegnaliśmy się z więdnącym przyjacielem z nadzieją, że znajdzie miejsce w psim raju. Kobalta pochowaliśmy na poligonie pod Skierniewicami, w miejscu, które najbardziej kochał ze swoich licznych spacerów.

Bardzo Pani dziękuję, za zgodę na adopcje przed ponad czterema laty. Wierzę, że stworzyliśmy Mu dom, jakiego nie miał i przyjaźń, jakiej pragnął.
Pozdrawiamy Panią i lokatorów Fundacji – Marzena, Julia i Paweł L.




Ramon

listopad 2010

Bardzo serdecznie Witam,
Adoptowaliśmy z Fundacji EMIR 25.12.2007 psa owczarka niemieckiego długowłosego.
Z wielkim żalem chciałem Państwa powiadomić o śmierci RAMONA odszedł od nas w dniu 10-10-2010 r. po przebytej chorobie niestety lekarzom nie udało się uratować życia (bardzo nam go brakuje był świetnym dobrze ułożonym psem)
Z wyrazami szacunku
Mirosław N.




Paria

sierpień 2010

Ze smutkiem donosimy, iż Paria odeszła nagle w pt wieczorem. Nie wiemy dokładnie co jej było. Przeżyliśmy szok i ogromny żal w związku z jej śmiercią. Odeszła za wcześnie... Dopiero niedawno, po prawie 2 latach, nauczyła się odprężać, na spacerach prawie w ogóle się nie bała... Była strasznie radosną sunią, której wszędzie było pełno... Bardzo nam jej brakuje. Pocieszamy się tym, że przez te 2 lata miała wszystko czego potrzebowała: ogród, rodzinę, psich przyjaciół, las.
Pochowaliśmy ją w ogrodzie pod orzechem.




Czacza

styczeń 2010

Adoptowana od nas w 2007 roku CZACZA nie żyje. Odeszła z powodu przerzutów nowotworu. Przeżyłaś trzy szczęśliwe lata wsród kochających ludzi. Twoje dni dobiegły końca. Żegnaj!




Zocha

grudzień 2009

W wigilijną noc odeszła ZOCHA
ZOCHA była piekną bernardynką odebraną od alkoholików spod Łodzi. Od szczeniaka trzymali ją w klatce pełnej  śmieci i  jej właśnych odchodów; żywili tak jak swoje świnie; suka przetrwała dzięki sąsiadce, która ją dokarmiała i powiadomiła fundację. Zabraliśmy ją chorą, w stanie zagłodzenia, brudną i zaatakowaną przez wszystkie możliwe pasożyty z tasiemcem włącznie. Wyleczyliśmy, Zocha wypiękniała. Została wysterylizowana i miała zoperowane oczy. Była z nami i czekała na dom. Pojawiła się kobieta, która twierdziła, że jest w niej zakochana i że - pragnie Zochę i tylko Zochę adoptować; mówiła, że z zabraniem suki musi poczekać, bo sprawy osobiste, mieszkanie etc. etc. A Zocha czekała i zza ogrodzenia boksu  wypatrywała " swojej pańci'. W międzyczasie inni ludzie byli zainteresowani jej adopcją, ale ja zobowiązana przyrzeczeniem odpowiadałam, że suka jest już adoptowana. Mijały miesiące pełne zapewnień, że "już" za kilka dni sukę owa osoba zabierze. I nadszedł wreszcie ten wymarzony przez Zochę dzień! Przyjechali po nią i Zocha ufna i radosna, pewnie i spokojnie weszła do samochodu. Odetchnęliśmy - nareszcie jej się poszczęściło!. Niestety! Po 2 dniach Zocha znów stanęła przed bramą naszego schroniska - oddali ją, bo "ZA DUŻA "!!!! Zocha ze zwieszoną głową pokornie poszła do swojego boksu. A mnie łzy i wścieklośc odebrały mowę! I czekała, czekała na dom - ale zainteresowania tą piękną suka nie było. Minęło półtora roku od dnia kiedy ją przywieżliśmy, a ona czekała.
Dziś rano zastałam ją martwą w swojej budzie! W jej oczach już nie było blasku nadziei. Odeszła w wilgilijną noc nie doczekawszy się swojego człowieka, który przytuliłby jej wielki łeb, pogłaskał i powiedział: jesteś moja i już żawsze będziesz ze mną.
Zocha umarła - z żalu pękło jej serce!!!!




Nara

sierpień 2009

NARA ODESZŁA!
Ok 14 letnia suka mix ONka uratowana przez nas w ub. roku ze wsi pod Górą Kalwarią. Jakieś bydlę, tylko przez pomyłkę nazwane człowiekim chciało sie pozbyć swojego starego psa - więc najpierw ją powiesił na drucie kolczastym; ale suka długo nie umierała, więc zniecierpliwiony wrzucił ją do studni. "Miłosierni" mieszkańcy wsi zawiadomili policję, PONIEWAŻ WYCIE SUKI PRZESZKADZAŁO IM W NOCY !!!! Wezwani strażacy bali się wejść do studni ze względu na możliwość pogryzienia. Zawiadomiono naszą fundację - Tomasz wyjechał niezwłocznie. Na miejscu zastał straż oraz liczną gawiedż, bo rozrywka we wsi była niezła. Wszedł do studni, po tę nieszczęsna ofiarę. Suka wpiła się czterema łapami w jego klatkę piersiową czując, że to jest ratunek. Tak więc niemal nie używając rąk wyniósł ją na własnej piersi.
Po zbadaniu okazało się, że jest zagłodzona, odwodniona, ma dookoła szyi ropiejącą ranę od drutu, który w klinice wyjęto z rany. W ranie zagnieżdziły się muchy - stąd były tam larwy. Suka miała krwawą biegunkę i panicznie bała się każdego zbliżenia do niej.
Wyleczyliśmy ją i osiągnęliśmy taki stan jej psychiki, że choć nie garnęła się do człowieka i nie oczekiwała pieszczot - to nie reagowała też panicznym lękiem. Niestety ostatnio jej stan stale się pograszał. Chodziła z coraz większym trudem; przy wstawaniu nie mogła unieść zadu, a chodząc nie była w stanie go utrzymać w pionie. Coraż częściej nie wstawała nawet do jedzenia, które trzeba jej było podawć pod pysk. W końcu nie wstawała w ogóle; potrzeby fizjologiczne załatwiała pod siebie. Nie reagowała na swoje imię...
Stary, biedny, umęczony przez człowieka pies - juz nie miał siły żyć !!!
Tylko schylić głowę w pokorze i prosić o wybaczenie za swoje i nie swoje winy!!
NARO - przebacz !!




Newa

sierpień 2009

Ze łzami w oczach chcę poinformować, że NEWA, którą adoptowaliśmy 5.10.2008 roku odeszła od nas dnia 5.08.2009 roku. Newa od samego początku pobytu u nas była bardzo chora. Powiększone serce, chora wątroba a także przewlekły stan zapalny jelit (byłam z nią w maju aż we Wrocławiu na kolonoskopii). Przez cały czas była na specjalnej diecie weterynaryjnej Royal Canin a także na lekarstwach. Były momenty, że wydawało się, że będzie dobrze, ale wątroba nie wytrzymała.

Newa była wspaniała, cierpliwa, kochana, bardzo pojętna, nie sprawiała żadnych problemów. Nawet kilka razy zaszczekała, gdy chciała okazać radość – to było miłe zaskoczenie. Miałam wrażenie jakby była z nami od zawsze.

Depresja, którą miała na początku ustąpiła całkowicie. Jedynie na obcych ludzi patrzyła podejrzliwie. Newę pokochali wszyscy domownicy od pierwszego dnia.

Z wielkim smutkiem dzielę się tą informacją.

Edyta G.




Kastor-Kobo
kwiecień 2009

Witam Pani Krystyno,
Z przykroscią zawiadamiamy, że odszedł nasz kochany piesio Kastorek. Dopadła go choroba pokleszczowa. Mimo, że walczyliśmy o niego cztery doby to nie udało się. Nerki przestały pracować i nasz hasiorek przegrał.
Chcieliśmy z mężem jeszcze raz bardzo Pani podziękować za wspaniałego przyjaciela, który był z nami za krótko, ale wniósł do naszego domu tyle radości. Rozpaczamy teraz za nim bo straciliśmy kogoś naprawdę nam bliskiego.
Z poważaniem
Ania i Krzysiek




Benia-dzidzia



luty 2009





Brenda

luty 2009

Dziś odeszła od nas nasza BRENDA - dobra, spokojna i ujmująca swoją łagodnością i cichością.
Nieublagany nowotwór, którego miała już jak przyszła do nas, niestey zaatakował inne narządy i nastąpił gwałtowny krwotok.
Wezwany lekarz stwierdził zgon
Żegnaj Staruszko i śpij spokojnie.




Kubuś

luty 2009

Pożegnaliśmy stareńkiego Kubusia. Po śmierci swojej pani, oddany przez spadkobierców, trafił do nas chudy, zagłodzoiny i kaleki. Spokojny i bardzo spragniony czułości. Teraz - po pół roku - okazało się, że ma nowotwór prostaty i cierpi. Podjęliśmy decyzję o uśpieniu.
Żegnaj Staruszku - odszukaj swoją panią, która przez wiele lat bardzo cię kochała.




Reksiu

luty 2009

Dziękuje Wszystkim,którzy wspierali Reksa w walce o życie. Przez te 3 tygodnie od kiedy poznałam Reksia zdążyłam go pokochać i jego odejście było strasznym ciosem. Do tej pory nie mogę opanowac łez kiedy myśłe o nim. Chcę wierzyć, że teraz jest mu dobrze, ale czasem mam wątpliwości i zadaję sobie pytanie czy mogłam jeszcze coś zrobić aby go uratować? Chyba na zawsze juz pozostaną wątpliwości..
Żegnaj Przyjacielu... Kiedyś znów się spotkamy

/Ty, Panie tyle czasu masz,
mieszkanie w chmurach i błękicie
A ja na głowie mnóstwo spraw
I na to wszystko jedno życie.
A skoro wszystko lepiej wiesz
Bo patrzysz na nas z lotu ptaka
To powiedz czemu tak mi jest,
że czasem tylko siąśc' i płakać

Ja się nie skarżę na swój los
Potulna jestem jak baranek
I tylko mam nadzieję, że...
że chyba wiesz, co robisz, Panie.
(...)

Nie chcę się skarżyć na swój los
Nie proszę więcej, niż dać możesz
I ciągle mam nadzieję, że...
że chyba wiesz, co robisz, Boże.
(...)/                Magda Czapińska




Ponti

styczeń 2009

Ponti, byłeś wspaniałym psiakiem, tak fajnie było Ci, kiedy drapałam Cię za uszkiem, wtulałeś wtedy swoją wielką mordkę we mnie i patrzyłeś tymi wielkimi, czarnymi ślepkami..
Ciężko wtedy było myśleć, że to Twoje ostatnie chwile po tej stronie, że niedługo wkroczysz do lepszego psiego świata..
Jednak wiem, że tak było dla Ciebie lepiej, zwykłe czynności jak schylenie do miski i napicie się wody sprawiały Ci wielki ból i cierpiałeś..próbowałeś wstać, ale nóżki odmawiały posłuszeństwa...Nie mogliśmy pozwolić Ci na to, byś cierpiał, bardzo, bardzo cierpiał...
Byliśmy z Kajetanem, przy Tobie do ostatniej chwili.. Wybacz, ze nie potrafiliśmy Ci pomóc... Żegnaj, "Maleńki"...




październik 2008

Samir





Wezyr

październik 2008

WEZYR nie żyje.
Odszedł z powodu nowotworu węzlów chłonnych;
Umierałeś wśród ludzi, którzy Cię kochali i nie opuścili w ostatniej godzinie.
ŚPIJ SPOKOJNIE PIESKU !!!




sierpień 2008

Hajduczek





sierpień 2008

Pikuś





sierpień 2008

Trusia





Yoko-Kropka

czerwiec 2008

Warszawa 17-06-2008
Do Pani Krystyny Sroczyńskiej
Droga Pani Krystyno,
Długo zbierałam się, by do Pani napisać. Temat jest dla mnie bardzo trudny.
W naszej ostatniej rozmowie telefonicznej powiedziałam Pani o śmierci Kropki (u Pani nazywała sie Yoko). Obiecałam przesłanie kilku zdjęc, co niniejszym czynię.
Pierwszy raz Kropkę zobaczyliśmy w szpitalu na SGGW. Pojechaliśmy tam obejrzeć postrzelonego psa, dla którego tamtejsi lekarze szukali domu. Okazało sie, że jest to młody haski, pies z dużą potrzeba ruchu – stwierdziliśmy, że nie dla nas. Pan doktor powiedział, że tu jest dużo psów do oddania i że możemy się rozejrzeć.
Kiedy zobaczyliśmy klatkę z Kropką, mój mąż powiedział, że to jest pies o jakim zawsze marzył. Była piekna i do tego bardzo spokojna i tak jakby obojętna, może leniwa…. Leżała w szpitaliku i lizała sobie łapy. Nie zrobiliśmy na niej żadnego wrażenia, ona na nas – ogromne.
Od dawna chcieliśmy wziąć psa, ale wynajmowane mieszkanie w bloku i późne powroty z pracy nam to uniemożliwiały. Teraz od trzech miesięcy mieszkaliśmy w domu pod Warszawą, mieliśmy podwórko i wielką potrzebę dać dom jakiemuś bezdomnemu pieskowi.
Tylko nie mieliśmy pojęcia, że ten piesek będzie taki piękny, cudowny i że w końcu tak bardzo go pokochamy.
Zdecydowaliśmy się od razu. Zaadoptowaliśmy Kropkę i zabraliśmy ją do domu jeszcze w trakcie leczenia. Stwierdziliśmy, że szybciej będzie zdrowiała w domu niż w lecznicy, poza tym mąż bał się, że ktoś nas ubiegnie i zabierze ją.
Na początku swojego pobytu w nowym domu Kropcia była trochę apatyczna, nie
angażowała sie jakby nie traktowała poważnie naszej decyzji, jakby to był kolejny dom przejściowy. Liczyliśmy sie z tym, że będzie potrzebowała czasu na aklimatyzację, w końcu tyle przeszła. Doszło nawet do tego, że trzeciego dnia pobytu u nas, podczas wizyty kontrolnej na SGGW, zaprowadziła nas do swojej dawnej klatki.
Pozwalała sie dotykać, głaskać, przytulać, nie miała z tym problemu. Szybko zaczęła do nas przywiązywac, a my do niej.
Chociaż początki wcale nie były łatwe.
Kropcia miała dysplazję i wstawanie sprawiało jej pewną trudność, goniła naszą kotkę i robiła kupę na posłanie (do tego miała biegunki), zresztą wie Pani o tym, bo dzwoniłam z prośbą o radę. Zdziwiło mnie wtedy, że prosiła mnie Pani, żeby dać jej jeszcze szansę. Przecież ja ani przez chwilę nie pomyślałam, że mogłabym ją oddać. To były problemy - zadania do rozwiązania, a ona była naszym wytęsknionym psem, którego kochaliśmy.
Przeczytaliśmy kilka książek z dziedziny psychologii psów. Okazały się bardzo pomocne, ale w żadnej nie wyjaśniali, dlaczego nasza piesa robi na własne posłanie. Byliśmy stałym bywalcem u pana doktora – Kropcia go uwielbiała, była wyjątkowym pacjentem, pozwalała niemal na wszystko, przytulała sie do niego i nie mogła sie pożegnac.
Wybraliśmy się też po poradę do behawiorysty, w końcu książki dały nam wiele, ale nie odpowiedziały na wszystkie pytania. Pani behaviorystka twierdziła, że to problem medyczny, pan doktor – że behawioralny, a Kropeczka niewiele robiła sobie z tych domysłów, ale tak jakby mimochodem jej stan poprawiał się z tygodnia na tydzien. Teraz witała nas już bardzo wylewnie, aż za bardzo zdaniem specjalistki, przytulała się, bez problemu pozwalała nam wyjeżdżać do pracy samochodem, ale już oddalenie się na nogach bez psa – to był dramat i histeria. Na szczeście rzadko tak wychodziliśmy bez niej.
Syropki, odpowiednia dieta (gotowane w domu jedzenie) i ruch poprawiły stan jej stawów. Wprawdzie nie skakała, ale to w codziennym życiu okazało się dla nas plusem – zamiast obskakiwać na nas na powitanie - przytulała się, nosiła w zębach buty lub zabawki i wydawała cudowne dzwięki radości, takie warczenie – gruchanie. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie słyszeliśmy, byliśmy nią zauroczeni.
Nie przeskakiwała też przez nisko ogrodzone rabatki w ogródku, przez co ocalały nasze kwiatki. Bardzo umiarkowanie kopała, za co też byliśmy wdzięczni.
Kupa na posłaniu zdarzała się już sporadycznie, prawie wcale, a ponieważ była już w formie „brykietu” a nie płynnej mazi, nie było problemu, żeby ją sprzatnać. Zresztą Kropka przestała już kłaśc się na własne odchody, nawet jak zdarzył się jej jakiś „wypadek” na kocyku, po prostu zmieniał miejsce.
Z kotem też został wypracowany kompromis – w domu Kropeczka kota ignorowała, starała się go nie widzieć, a na podwórku zrobiliśmy kocią strefę przy wyjściu z balkonu, gdzie psy nie miały wstępu.
Kropka była psem podwórkowo – domowym. Wymusiła to sytuacja.Żaden pies nie wytrzymałby chyba 8 -10 godzin bez wychodzenia na dwór, a nie można przecież zimą trzymać psa całą noc w ciepłym domu, a rano wyrzucać na mróz. Zapytaliśmy weterynarza o zdanie, a on stwierdził, że z jej włosem nie ma żadnych przeciwwskazan, żeby przebywała na dworze, że może być jej tam nawet lepiej.
Latem nie było problemu, Kropka na początku swego pobytu u nas spała w domu, a kiedy byliśmy w pracy „werandowała” na tarasie. Kiedy jednak nadeszła jesień zaczeliśmy przyzwyczajać ją do budy. Najpierw wstawialiśmy jej tam jedzenie – ale madrala wchodziła, brała miske w zęby i wystawiała sobie na zewnątrz. Dopiero pochwały i pieszczoty zadziałały. Za wejście do budy – 10 minut głaskania, drapkowania i oczywiście chwalenia. Doszło do tego, że kiedy za radą pani behawiorystki postanowiliśmy nie witać się z psem bezpośrednio po powrocie do domu (żeby osłabić jej lęk przed rozstaniami), ona chwilę patrzyła co się dzieje, a potem wskakiwała do budy i czekała na swoje pieszczoty. Nie można było się temu oprzeć i daliśmy sobie spokój z tego typu zasadami. A póznym wieczorem zawsze czekała na kołderce pod drzwiami, aż odprowadzę ją do budy i pogłaszcze. To był taki nasz rytuał – odprowadzenie pieska do łóżka, gdzie oprócz siana musiała być jej poduszka i pluszaki. Bo pluszaki uwielbiała. Mimo że miała ich kilka, potrafiła wykraśc jakies jeszcze z regału.
Cudownym przeżyciem było też karmienie jej zimą.
Dostawała jedzenie dwa razy dziennie: rano przed wyjściem do pracy (7:30) i wieczorem, po spacerze.
Kidy rano przynosiłam jej miskę, uchylałam zimową kotarkę i głaskałam, a ona przez sen się do mnie tak jakoś uśmiechała, budziła się i zabierała do jedzenia. Potem widać była jak wypycha miske nosem na zewnątrz. I spała dalej, w końcu nie musiała rano wstawac. Kiedy braliśmy Kropkę mieliśmy ambicje, żeby była szcześliwym, ale PSEM.
Tylko że z biegiem czasu ona coraz mniej była psem, a wiecej kimś w rodzaju dziecka.
Może to dlatego, że była taka słodka „pierdułka”, o którą trzeba było się tak troszczyć, dbać, żeby kładła się na kołderkę a nie na beton (dysplazja i ryzyko reumatyzmu), czyścić i zakraplać jej oczy (skłonność do zapalenia spojówek), myć jej brzuch (chyba nie dosięgała tam językiem, lizała tylko przednie łapy, początkowo nawet nerwowo), pilnować żeby na spacerze w lesie nie zjadała wszystkiego, co znalazła (pozostałośc po szukaniu pożywienia w bezdomności + wrażliwe jelita + dusza „psa – wąchacza”).
Kropka była bardzo przyjaźnie nastawiona do ludzi i psów. Każdy był jej przyjacielem, a każdego obszczekującego ja burka witał merdając przyjaźnie ogonem. Nie było osoby, która nie uległaby jej urokowi.
W lutym podczas spaceru znaleźliśmy na śniegu chorego, zabiedzonego i zagłodzonego psa. Po różnych perturbacjach, które nie są tu ważne, pies w końcu został u nas.
Został wyleczony i odkarmiony. Początkowo, ze względu na chorobę nowego, psy były od siebie izolowane, widywały się tylko w pewnej odległości. Na początku marca biegały już razem.
Kropcia była zachwycona. Jej nowy towarzysz – Chudi okazał się całkiem zgrabnym rodwailerowatym mieszańcem, nadzwyczaj łagodnym i ugodowym. Od razu przyjał pozycję psa nr 2, zaakceptował, że to Kropka jest księżniczką, że ona była tu pierwsza i ustepował jej na każdym kroku. Za to bawili się jak szaleni.
Kropka dopiero teraz wygladała na szcześliwą. I my się z tego bardzo cieszyliśmy. Już nie leżała na całymi dniami na posłaniu przy drzwiach czekając, aż wrócimy z pracy, nie snuła się znudzona po ogrodzie. Ganiała się z Chudim po podwórku, powalała go na ziemię, potem on ją, razem zaczęli szczekać na inne psy, no i nie „płakała” już kiedy wychodziliśmy do sąsiadów. Psy uczyły się od siebie wzajemnie.
Chudi nauczył ją, że obszczekiwanie przechodniów może byc niezła zabawą, że jak szczekają na ciebie psy sąsiadów, to trzeba też im nawymyślać, a nie odchodzić z podkulonym ogonem, że jak ludzie wychodzą, to jeszcze nie tragedia, trzeba poczekać, to wrócą.
Kropcia z kolei pokazywała mu swoją postawą, że nie ma co bać się kija, szczotki czy podniesionego głosu.
No i psy zaczeły śpiewać jak słuchać było syrene karetki. Tak na dwa głosy, Chudi wysoko, cienko, Kropcia niżej, bardziej stonowanie.
Na początku oczywiście była trochę zazdrosna, zabierała zabawki, zaczęła pilnować jedzenia i jeśc łapczywie, co wcześniej się jej nie zdarzało, ale szybko przekonała się, że Chudi, mimo że dużo sprawniejszy od niej, nie chce podgryźć jej pozycji (przynajmniej na razie), a my też do tego nie dążymy. Zawsze była pierwsza głaskana , pierwsza dostawała miskę, jej dzienne posłanie było bliżej drzwi, no i pilnowaliśmy, żeby psy nie kradły sobie jedzenia. Poza tym Kropeczka wchodziła do domu, czego to Nowy mający prawdopodobnie łancuchową przeszłość bardzo się bał, a my nie zachęcaliśmy go do tego specjalnie dając mu czas na pozbycie się leków.
Kropcia była u nas za krótko. Tylko 9 miesięcy. Miała około 3 lat. To nie jest czas na umieranie. Nie jeśtesmy przygotowani na taką stratę. Nie przewidzieliśmy takiego scenariusza. Zdażyliśmy się dograć, bardzo pokochać, wiele problemów się rozwiazało, a inne zaakceptowaliśmy takimi jakie sa zdając się na czas i teraz mogło byc już tylko dobrze, szczęśliwie. Strasznie nam jej brakuje i nie możemy pogodzic się z tym, że jej już nie ma z nami. Może inaczej byśmy do tego podeszli, gdyby przeżyła z nami kilkanaście lat, albo zabrała ją nam jakaś choroba typu złośliwy, nieuleczalny nowotwór, . Ale nie głupi kleszcz!
Kropka była zabezpieczone antykleszczowo obrożą Kiltix firmy Bayer. Nosiła ja 1,5 miesiąca (miała być skuteczna przez 6 miesięcy, a na pewno przez 4-5). Polecił ją nam i sprzedał lekarz weterynarii, a producent na swojej stronie zachwala, że to najskuteczniejszy środek kleszczobójczy, że jest pewny i skuteczny, że owszem, sporadycznie kleszcze może się przyczepic, ale nie żeruje, a wiec i nie zaraża babeszjoza….. Przecież to sa kłamstwa. Dlaczego nikt nas nie uprzedził, że to tylko środek odstraszajacy, że połowa kleszczy nic sobie z tego nie robi. Dlaczego nie ma tego w ulotce i dlaczego lekarze sprzedając coś takiego nie uprzedzają, że to nie do końca działa. Jak można tak igrać czyimś życiem. Kropka była dużym psem z gęstym futrem, szukanie u niej kleszcza przed opiciem było bardzo trudne.
W piątek 29-go maja Kropka rano nie chciała jeśc, mimo że poprzedniego dnia bawiła się i nie wygladała na chora. Zostawiłam ja w domu z jedzeniem i piciem i pojechałam do pracy. Koło południa zadzwoniłam do lekarza, poradził, żeby po powrocie do domu zmierzyć jej temperaturę. Tylko, że kiedy wróciłam po południu, Kropka nie miał siły wstać i miała już żółtaczkę. Natychmiast pojechaliśmy do lecznicy. Lekarz był zaskoczony tempem rozwoju choroby. Dostała zastrzyki na babeszjozę, leki osłonowe, kroplówki, zrobiliśmy badanie krwi. Na drugi dzień od rana – kroplówki, transfuzja krwi, leki osłonowe i powtórka badan. W niedziele również. Walczyliśmy o nią do końca. Nie mogliśmy uwierzyc, że to się może stać, wiem jak wygląda babeszjoza, przecież sa na nią leki, przecież Kropka była zabezpieczona, leczona, czuwaliśmy przy niej, wypełnialiśmy wszystkie zalecenia lekarza.
W niedzielę było przesilenie. Późnym popołudniem lekarz powiedział, że jej stan ustabilizował się, że musi być cały czas pod kroplówka, ale że możemy zabrać ja na noc do domu. Umówiliśmy się następnego dnia na rano, którego to Kropeczka już nie doczekała.
Umarła trzeciego dnia choroby, w niedzielę wieczorem 1-go czerwca, w Dzień Dziecka.
A my do tej pory nie możemy się z tym pogodzić i nie możemy w to uwierzyć. Robiliśmy wszystko, żeby była z nami jak najdłużej, na pewno dużo dłużej niż te 9 miesięcy. Mieliśmy tyle planów z nia zwiazanych. To lato miało byc dla nas, dzień jest dłuższy, ciepło, wiecej czasu. Mieliśmy jeździć nad wodę, bo pływanie bardzo dobrze robi na stawy, a ona uwielbiała wode. Mieliśmy nadzieje, że Chudiemu też się spodoba...
Jak mogliśmy przegapić kleszcze. Znam kilka psów, które przechodziły babeszjozę (Kropka też miała ją zima) ale żaden nie umarł, przecież są na to leki, wystarczy tylko nie czekać, aż samo przejdzie i pojechać do lekarza.
Dlaczego więc nasza Kropka nie żyje. Mam straszny żal, głównie chyba do siebie, że coś przegapiłam, nie ochroniliśmy jej wystarczająco, uwierzyłam lekarzom i producentom, że ją zawiodłam, a ona tak bardzo mi ufała i powierzyła mi całą siebie. Strasznie mi jej brakuje. Chudi też nie wie co ze sobą zrobić. Oczywiście Pani Krystyno, że go nie oddamy, on również jest członkiem naszej rodziny, ale nie jest w stanie zastąpić nam Kropki.
Bardzo Pani dziekuję, że nam ją Pani powierzyła, że ją Pani razem z innymi osobami uratowała ze schroniska w Sieradzu .
Wiem, że ma Pani wiele psów pod swoją opieką i wielkie dramaty. Robi Pani fantastyczne rzeczy, walczy, a ja nie mogę się pozbierać po stracie Kropki.
Najgorsze jest to, że to co się stało nie moge cofnąc. Niezależnie od tego, co bym nie zrobiła, nic się nie zmienia i nikt nie chce mi oddać mojej Malutkiej.
Pozdrawiam serdecznie i jeszcze raz dziekuję za wszystko.
Jola A.




Bella-Fela

marzec 2008

Pani Krystyno,
Felusi już nie ma z nami...odeszła 28 marca o 14,35...
mięsak z przerzutami... tak pusto bez Felusi...
Pamięta Pani? obiecaliśmy jej że pojedzie nad morze...
pojechała ...
ale odeszła za szybko, miejsce nad morzem nadal na Nią czeka...
M ,K S.